Dźwięk zamknięty w ciszy sztormie na tysiąc pajęczych skrzypiec rozpisany.
W głuchym trzepocie skrzydeł gołębich utkano chwilę niknącą przed świtem.
Ten jeden taniec motyli po zmroku, jak pocałunek ostatni zawieszony na sznurku
W ostatniej dekadzie dusz potępionych, co giną w niebiańskim worku.
Wśród dziko brzmiących mar odbicia, wśród luster pobitych w serc zamazanie
I słodkich trucizn, co je do wina dolano, i gorzkich winogron w to wino zlanych,
Jak ptaki pobladłe na autostradach nieba, wisi wśród sklepień na atłasie rozlany,
Jak księżyc, co wschodzi za dnia jednolity i słonce grzebiące płótna przed-nocy,
Bo nawet najdłuższe ludzkie życie trwa jedynie sześćset pięćdziesiąt tysięcy godzin.
~^~ bo ostatnio dużo pisze się o umieraniu. Z mojej perspektywy, wygląda to tak...






wręcz przedziera się przez słowa.
Brakuje w nich czegoś co bardziej zwróci uwagę
i sprawi że całość nie wyda się... nudna?
pozdrawiam serdecznie